Wszędzie dobrze, ale w domu najgorzej


lili

Ostatnio tak się złożyło, że w krótkim czasie wpadły mi w oko dwa artykuły opisujące jak to źle żyje się ludziom w swoim kraju. Pierwszy to opis gehenny, jaką trzeba przechodzić na trasie między podparyskim lotniskiem a centrum Paryża, drugi to artykuł opisujący jakoby dla Włochów Polska była ziemią obiecaną wolną od podatków i biurokracji. Pierwszy artykuł czytałem z uśmiechem politowania, gdy widziałem dramatyczne opisy dotyczące niewystarczająco dobrze oznaczonych peronów, trudny do rozszyfrowania rozkład godzinowy, czy (o zgrozo!) kontrolera biletów, który nie chciał udzielić informacji na temat połączeń (u nas to nawet pani z informacji potrafi powiedzieć, że nie jest od tego). Generalnie połączenie lotnisko-centrum zostało opisane jako jedno z najgorszych na świecie. Na świecie! Oczywiście, zostało to uzasadnione, przywołano 4 przykłady, gdzie podobne połączenie działa bez porównania lepiej – Rzym, Singapur, Tokyo i Hong Kong. Oczywiście nie przeczę – na pewno jest wiele do naprawienia w sieci RER, ale dramatyczny ton artykułu bardzo szybko nasunął mi skojarzenia z częstym w polskiej prasie zjawiskiem opisywania, jak bardzo nie do życia jest nasz kraj. Tym artykułom zgodnie wtórują komentarze czytelników, gdzie wytykany jest wszechobecny syf, bieda, korupcja, biurokracja jakie panują w Polsce.

Drugi artykuł odnosi się do rosnącej popularności Polski jako kierunku emigracji Włochów. W tej chwili około 10 000 Włochów przeniosło się do Polski, chwaląc sobie niskie podatki i mniejszą niż w ojczyźnie biurokrację. Generalnie wydźwięk artykułu był pozytywny – bez szczególnego gloryfikowania liczby imigrantów (10 tysięcy nijak się ma do dwóch milionów) wskazuje, że w Polsce można dopatrzeć się zalet. Oczywiście pod tym artykułem komentarze były również zgodne, że jest to propaganda i dalszy ciąg budowania mitu zielonej wyspy.

Polska może się podobać, nawet teraz, taka, jaka jest. Dla niektórych jest to ziemia obiecana, część pierwszego świata, gdzie można zarobić, spokojnie żyć, nie być oprymowanym przez aparat państwa – to przypadek większości krajów na wschód od nas, aż do Japonii. Dla innych Polska jest miejscem, gdzie państwo nie wcina się aż tak bardzo w codzienne funkcjonowanie, koszty życia są stosunkowo niskie, a możliwości rozwoju zawodowego duże. Jak wszędzie, te korzyści nie są jednoznaczne i nie dotyczą każdego przypadku. Dlaczego zatem tak popularne wśród nas jest jechanie po własnym kraju? Obawiam się, że główny czynnik, to zwyczajne lenistwo. Jeśli udowodnimy sobie i innym, że nasz kraj jest gówno wart, to usprawiedliwimy nasze porażki, nasze słabości, naszą bylejakość – wiele razy z komentarzy przebija myśl, że w Polsce niczego nie da się osiągnąć bez oszustwa, kradzieży, układów czy polityki. Bo jeśliby było inaczej, to musielibyśmy przyznać się do tego, że nasze chujowe położenie jest wynikiem własnej postawy, a nie czynników zewnętrznych. Lepiej jest przywołać przykład Wielkiej Brytanii, gdzie bez większego wysiłku można osiągnąć dostatnie życie. Ale po góra dziesięciu latach perspektywa się zmieni i nagle się okaże, że ten dostatek jest dla nas ledwie akceptowalnym minimum. Będziemy patrzeć na nasze zarobki i na nasze życie tak samo jak Francuzi patrzą na kolejkę z Lotniska de Gaulle-a do centrum Paryża.