Góral, heretyk cz. 1


Pojawił się bardzo ciekawy wywiad z Adamem Góralem, prezesem Asseco. Nasunął mi kilka refleksji.

Otworzyliśmy kilka lat temu projekt „Inwestuj z Asseco”, który miał pomóc ludziom z dobrymi pomysłami zdobyć kapitał. Mieliśmy na ten projekt przeznaczone 30 mln zł. Wiecie panowie, ile wydaliśmy?

Wszystko. 

- Praktycznie nic. Przeszły przez nas setki projektów. Te pomysły były zwyczajnie słabe. Przychodzili do nas głównie naiwniacy i spryciarze. Naiwniacy przedstawiali takie idee, że nam się włos na głowie jeżył. A spryciarze pokazywali nam projekty robione pod konkurs.

Ta informacja potwierdza moje przeczucia, że gdyby duża marka w Polsce, mocno osadzona w świecie nowych technologii, ale nie należąca do grupy „modnych nowych technologii”, ruszyła z konkursem na startupy, nie miałaby jak wydać pieniędzy. Dlaczego? Bo w znaczącej większości taki konkurs przyciągnąłby dwa typy ludzi. Po pierwsze takich, którzy za swoją największą wartość uznają pomysł – nieważne, dobry czy zły, ważne, że TYLKO pomysł. Bez analizy, projektu, strategii, całą wartością dodaną, którą reprezentują jest luźna, ogólna i wyidealizowana koncepcja przedsięwzięcia. I co gorsza, uważają, że taka wartość dodana jest w zupełności wystarczająca, żeby stworzyć biznes. Drugą grupą, są osoby wychowane na unijnych projektach 8.1 i podobnych. Wychowani, że pieniądze się dostaje za skompletowanie dokumentacji, dopasowanie statystyk i faktów do wymagań konkursu, żeby pomysł na biznes mieścił się w kryteriach pozwalających na przyznanie pieniędzy. Patrzących na inwestora, jak na urzędnika, któremu nie zależy na pieniądzach, bo nie jego. Co gorsze, mam wrażenie, że sami sobie wychowaliśmy takich startuperów w Polsce.

- Nauczcie się panowie jednego: programiści nie decydują o losach produktu ani o losach informatyki w danym kraju. Bo programista to w naszej branży robotnik.

To brzmi już jak bluźnierstwo w środowisku startupowym. Wiele razy, na blogach i w komentarzach pod nimi czytałem o decydującej roli programisty w startupie. Nigdy nie spotkałem się z przeciwną opinią, co najwyżej z opiniami dopuszczającymi myśl, że w budowanej firmie może być potrzebny także ktoś, kto nie ma ścisłego wykształcenia. Przy czym często dodaje się zastrzeżenie, że o ile ścisłowiec bez problemu ogarnie kwestie humanistyczne (bo sobie poczyta), o tyle humanista nigdy nie pojmie zagadnień ścisłych.  Otóż, najważniejsze, czego nauczyłem się w karierze przedsiębiorcy jest zrozumienie, że fundamentem każdej firmy jest zorganizowana współpraca ludzi o różnych kompetencjach. Oczywiście, są wyjątki, najlepszym jest kancelaria adwokacka, ale opierają się one na szczególnych zawodach i wartość dodaną tworzą poprzez zbudowanie marki wokół grupy ludzi wykonujących ten sam zawód. Natomiast to odróżnia freelancera od firmy, że w obrębie firmy dobiera się ludzi o potrzebnych kompetencjach, żeby każdy pracownik z osobna mógł skoncentrować się na pracy, w której jest najlepszy, żeby zostawić pozostałe aspekty prowadzenia działalności innym. Więc jeśli już mamy przyporządkować startuperowi najważniejszą umiejętność, to nie jest nią programowanie, grafika, marketing, jest nią zmysł organizacji. A ta cecha jest niezależna od tego, czy ktoś umie programować, czy spawać konstrukcje podwodne.

- Wszystko zawdzięczam mojemu krajowi. Ale widzę, że się gubimy. Że nie wspieramy naszych rodzimych firm. Jak zaczynałem działalność na rynku informatycznym, nikt w Polsce nie chciał płacić za polskie rozwiązanie.

Już wspominałem o tym wcześniej. Szczerze mówiąc, nie rozumiem tej postawy. Przecież dla polityka wspieranie rodzimego biznesu za granicą jest na pierwszy rzut oka najbezpieczniejszym sposobem na zdobycie popularności. Nie ma grupy wyborców, którym można by wdepnąć w ten sposób na odcisk (jedyni niezadowoleni są obywatelami innych krajów). Nie jest to trudne, ani do uzasadnienia (który przeciwnik polityczny rzuci oskarżenie o zbytnie wspieranie rodzimego biznesu?), ani do przeprowadzenia (w porównaniu z kosztownymi politycznie reformami państwa). Jedyna przyczyna jaką widzę leży w nieufności naszego społeczeństwa do jakichkolwiek relacji biznes-polityka. I to najwyraźniej nieufności histerycznej, jeśli takie relacje są potępiane w czambuł, bez oglądania się na charakter i poziom tych relacji.